Strona główna

powrót
  
Wydawca Internetowej wersji magazynu U NAS
 
 

"Idź tam, gdzie słyszysz śpiew..." - z Aleksandrem Mrozkiem - animatorem ruchu śpeiwaczego, w naszej gminie i Prezesem Honorowym chóru mieszanego "Słowik nad Olzą" z Olzy rozmawiają Krystyna Okoń i Bibianna Dawid

   

  
Red.: "Idź tam gdzie słyszysz śpiew, tam dobre serca mają, źli ludzie, wierzaj mi, ci niigdy nie śpiewają..." - słowa znane wszystkim miłośnikom śpiewu chóralnego...
A. Mrozek: Znane i prawdziwe. Wierzę w nie od wielu lat. Wiele razy potwierdzały się w życiu. Jak również to, że pieśń i śpiewanie łączą ponad podziałami, granicami. wielokrotnie tego doświadczałem ja osobiście i mój kochany "Słowik nad Olzą".
Red.: Pana miłość do śpiewu , do chórów i wieloletnią aktywność w ruchu śpiewaczym zna każdy mieszkaniec Olzy, wielu na terenie gminy i sympatycy poza jej obrębem. Skąd się wzięło to zamiłowanie?
A.M.: To moje zamiłowanie do muzyki i śpiewu jest rodzinne. Mój świętej pamięci ojciec urodzony w 1894 roku w Rożkowie też kochał śpiewanie, był prezesem chóru "Moniuszko" w Olzie przed wojną.
Moje umiłowanie śpiewu ma korzenie w szkole podstawowej. Moim wychowawcą był p. Mazur, muzyk amator z "duszą" jak ja to nazywam. Uczył nas grać na instrumentach. Nauczycielem śpiewu był Izydor Papiorek. Był wówczas organistą w gorzyckim kościele. W Olzie nie było jeszcze kościoła tylko tzw. kościółek filialny, gdzie pan Izydor grał na harmonii. Od niego nauczyłem się grać na akordeonie. grałem na nim w tym kościele po wojnie. Ludzie bezbłędnie rozpoznawali, że "gro Aleks", bo najlepiej mi się grało w wysokich tonacjach. Ludzie wtedy bardziej piszczeli niż śpiewali. Ulubiona piosenka kościelna z tego okresu? - "Z tej biednej ziemi", a na błogosławieństwo zawsze ta sama - "Kłaniam się Tobie". Potrafiłem też grać na nieszporach.
Te muzyczne zamiłowania jakoś zawsze mnie wyróżniały. Pamiętam, że zauważono je też od razu w rybnickim gimnazjum, do którego poszedłem z szóstej klasy.
Twierdzę, że początki poważnych zainteresowań zaczynają się w wieku szkolnym. Tam w szkole połyka się tego "bakcyla", albo nie. A jaka w tym procesie bywa rola nauczyciela "z duszą", albo z pasją sama pani wie.
Red. Mam podobne zdanie i sama tego doświadczyłam. Z perspektywy upływającego czasu widzę, że wszystko co przyszło mi robić w dorosłym życiu, w tym moje dojrzałe zainteresowania mają swój początek w radlińskiej podstawówce Janiny i Mariana Łunarzewskich i pracujących tam oddanych dzieciom i szkole nauczycieli.
A. M.: Chciałbym wspomnieć jeszcze pana Schmidta. To był taki muzyk, którego osobowość trudno opisać. On właściwie rozśpiewał Olzę. Uczył też gry na skrzypcach, fletach i innych instrumentach. Robił to z ogromnym zaangażowaniem. Tą pasją wprost zarażał. Był w Olzie 5 lat. I to wystarczyło, by jego praca owocowała przez kolejne dziesiątki lat. Jego, wspomnianego wcześniej Mazura, jeszcze Kozyry.
Red.: Olza słynie z wielu "muzycznych" rodzin...
A. M.: Z lmuzykalnych rodów wywodzą się znani dziś nie tylko w Olzie - Franek Nikel i jego żona Dorota, Rudolf Trunk, Franek Seman, Genek Ćwik, Heniek Krótki, są jeszcze bracia Pająkowie i Kopystyńscy, drugie pokolenie Wolnych...
Red.: wiele rodzin przez wiele lat było i nadal jest związanych z olzańskim "Słowikiem..." od kiedy trwa pana "roboczy" związek z tym chórem?
A. M.: Datą zasadniczą jest rok 1977. A początki chóru prawie banalne: pewnego dnia na prośbę naszego proboszcza zebrało się paru mężczyzn, którzy zdecydowali się zaśpiewać w kościele. Potem pojechaliśmy na wycieczkę do Czechowic-Dziedzic. Zaśpiewaliśmy, podobno rewelacyjnie na nieszporach w miejscowym kościele. Tamtejszy ksiądz rozpoznał w nas swoich dawnych parafian (proboszczował przez jakiś czas w Olzie). Pogratulował nam umiejętności i gorąco zachęcał do pracy nad repertuarem, głosami. No i... zaprosił nas na kolejny występ w czechowiskim kościele. Nie odmówiliśmy.
A potem ambicja nie pozwoliła nam jechać tam ze starym repertuarem. No i zaczęło się. Chcieliśmy poszerzyć skład zespołu do wielkości chóru. Zacząłem wtedy jeździć do Katowic, do Polskiego Związku Chórów i Orkiestr. Chciałem u źródła uzyskać rzetelne wiadomości i informacje o chórach działających kiedyś w Olzie. Energicznie zabrałem się do organizowania składu. Dotarłem do starych zdjęć, rozpoznawałem starych chórzystów, docierałem do nich i ich rodzin. Udało się zebrać 52 osoby. To był sukces.
Śpiewaliśmy wtedy proste pieśni kościelne. Dyrygował nami obecny rogowski organista Franciszek Pawlak.
Red.: A potem?
A. M.: A potem nastała "era" Krystiana Plisza. Tak naprawdę nie wiedziałem kim on jest. Wkrótce okazało się, że to genialny samouk, muzyk i dyrygent. Muzykę miał we krwi, a duszę - artystyczną. ponadto entuzjazm, którym zarażał. Był prawdziwym społecznikiem. Pracował z nami bezinteresownie. Ni i daliśmy się porwać. I to były kolejne narodziny chóru w Olzie, bo pierwszy powstał w 1920 r. i śpiewał do wybuchu wojny w 1939 roku. W 1944, ówczesny dyrektor szkoły w Olzie, Schmidt (tem sam, o którym mówiłem wcześniej) zebrał chętnych mężczyzn i zaśpiewaliśmy w kościele, ale i działalność tego chóru została przerwana na wiele lat.
Red.: Zatem rok 1977 to właściwie trzecie narodziny olzańskiego chóru.
A. M.: Tak. Chór na początku swej działalności nosił imię Stanisława Moniuszki, jak jeg przedwojenny i powojenny poprzednik. A potem, dla uhonorowania pierwszych założycieli i chórzystów, z okresu Powstań Śląskich - wróciliśmy do wybranej przez nich nazwy - "Słowik nad Olzą". A była jeszcze "Jedność". Historię działalności chóru we wszystkich jej aspektach opisała pięknie w roku 2002 Michalina Horzenek w swojej pracy magisterskiej wieńczącej jej studia na Wydziale Pedagogizno-Artystycznych cieszyńskeij filii Uniwersytetu Śląskeigo. Praca nosi tytuł "Chór Słowik nad Olzą. Próba monografii".
Działalność chóru była także tematem pracy magisterskiej pani Danuty Pyrchała-Łuskowej.
Red.: Wróćmy jeszcze do dyrygentów odrodzonego chóru.
A. M.: Krystian odszedł "na wieczną wartę" niespodziewanie. Mimo, że dobrych kandydatów do dyrygenckiego pulpitu na artystycznym rynku zawsze brakowało "Słowik" miał szczęście - zawsze udawało mi się znaleźć kolejnego. Z naszym chórem pracowali jeszcze: Danuta Węgrzyk, Eugeniusz Ćwik, Zyglinda Raszczyńska - Lampert, Bożena Błaszczyk, Jerzy Michalski i aktualnie Irena Witek-Bugla.
Red.: Który z nich był najbliższy pana wyobrażeniom dyrygenta idealnego?
A. M.: Trudne pytanie. Każdy z nich zostawił w naszym chórze kawał dobrej roboty i wiele serca. wszyscy śrubowali poziom (celował w tym Jurek Michalski), a pełne wdzięku i osobistego uroku panie trzymały chór "żelazną ręką". Naprawdę wszystkim coś indywidualnego zawdzięczamy. wszystkich zachowujemy w dobrej pamięci. A spotykamy się z radością przy okazji różnych uroczystości i jubileuszów działalności.
Red.: Prezesował pan chórowi czynnie wiele lat i dobrych kilkanaście lat - honorowo? Ile konkretnie?
A. M.: Czynnie robiłem to w latach 1977 do 1989, a więc 12 lat. Od roku 1989 jestem Prezesem Honorowym. Prawie 14 lat.
Red.: Działalność chóru nie zamyka się li tylko w kręgu działalności artystycznej i estradowo-koncertowej. Proszę nam chociaż krótko opowiedzieć o pozaartystycznym życiu zespołu. Organizował je pan i wszystko co się z nim wiąże, liderował przez wiele lat wszystkim poczynaniom chóru w tym zakresie.
A. M.: Najważniejsze w chórze jest śpiewanie. Ale wcale nie mniej ważne - życie towarzyskie. W chórze obchodzi się urodziny, różnorodne rocznice i jubileusze członków. Chórzyści bawią się przy ognisku, na zabawach i wieczorkach tanecznych. Spotykają się w swoim gronie z zaprzyjaźnionymi chórami. Wyjeżdżają na wycieczki. Sporo było i jest tych form wspólnego spędzania czasu. Zawsze dbałem by były możliwie jak najbardziej atrakcyjne. Ale chórzyści potrafili też zakasać rękawy i pracować przy budowie naszego domu kultury.
Red.: A wojaże zagraniczne?
A. M.: W naszym przypadku zawsze łączyły "przyjemne z pożytecznym". Koncertowanie z podróżowaniem i poznawaniem nowych miejsc i ludzi.
W takim kierunku rozwijała się nasza współpraca i wymiana kulturalna z chórzystami "Lutni" z Lutynii Dolnej w Czechach i z żeńskim chórem (Volfsburger Fauenchor) z Woljfsburga w Niemczech. Każdy wyjazd poprzedzała wielogodzinna ciężka praca nad programem artystycznym (domena dyrygenta) i staranne przygotowywanie, w najdrobniejszych szczegółach, programu pobytu (sprawa moja i zarządu): koncertów, wizyt i spotkań, zwiedzania miejsc i obiektów. Wielka praca i ogromna odpowiedzialność.
Red.: Lubił to pan?
A. M.: Bardzo. Chociaż było to trudne. Nie raz było ciężko. Nie obywało się bez sporów, czasem konfliktów. Mimo to dawało wiele satysfakcji. A rekompensował wszystkie trudy widok zadowolonych, uśmiechniętych koleżanek i kolegów z chóru. Teraz mam też pełną świadomość, że już wtedy z sukcesem promowaliśmy poza granicami naszego kraju, polską i śląską kulturę, przecieraliśmy szlaki do Unii Europejskiej. Szkoda, że czas tak szybko płynie. Zabiera zdrowie i siły. Tyle jest jeszcze do zrobienia!
Red.: Ostanie 20.lecie działalności chóru jest mi bliskie. "Interesy" "Słowika nad Olzą" wielokrotnie krzyżowały się z działalnością nieistniejącego już Gminnego Ośrodka Kultury i Wiejskeigo Domu Kultury w Olzie. Byliśmy sobie wzajemnie potrzebni. Jak pan dziś ocenia współpracę swoją i chóru z tymi placówkami.
A. M.: Z naszym domem kultury współpraca układa się bardzo dobrze, chociaż nie jest mu dziś łatwo, a Gminnego Ośrodka Kultury mi brakuje. Nie widzę na co dzień żadnej koordynacji działań w sferze kultury na terenie gminy. "Każdy sobie jakoś rzepkę skrobie". Zniknęło też z terenu gminy skupione kiedyś wokół GOK-u, tworzone z wielkim trudem lobby kulturalne.
Reformując struktury gminnej kultury wylano chyba "dziecko z kąpielą".
Red.: Panie Aleksandrze, w maju ubiegłego roku "Słowik" obchodził 25.lecie nieprzerwanej (1977-2002) działalności. Z tej okazji na frontowej ścianie olzańskeigo domu kultury umieszczono piękną pamiątkową marmurową tablicę. Jest pan jej pomysłodawcą i fundatorem. Czym się pan kierował realizując ten pomysł?
A. M.: Chęcią uhonorowania wszystkich chórzystów i dyrygentów tworzących dzieło i historię "Słowika nad Olzą", a także zachowaniem ich w pamięci przyszłych pokoleń.
Uważałem, że to mój i dziś działających chórzystów obowiązek wobec tych, którzy ponad 80.letniemu "Słowikowi" oddawali w swoim czasie swoje serca i śpiewacze umiejętności.
Red.: Gdybym miała sprawczą moc dobrej wróżki, jakie pańskie trzy życzenia mogłabym spełnić?
A. M.: Nie muszę się zbytnio zastanawiać. Prosiłbym: po pierwsze - o rozbudzenie śpiewaczych zamiłowań u przedstawicieli młodego pokolenia Olzan, w wiadomym celu, po drigie - o stały dopływ środków finansowych dla gminnej kultury, aby mogła zaspokajać potrzeby i wymagania mieszkańców i po trzecie - o to, aby wrócili do mnie z "niebieskiej krainy" moi najbliżsi i niechby z mojego blisko 80.letniego bagażu lat ubyło... jakieś 20. Zabrałbym się od razu do roboty!
Red.: Chętnie spełniłybyśmy te piękne życzenia. Szkoda, że to niemożliwe. 
Dziękujemy za poświęcony nam czas i rozmowę.

 

 


(c) Wszelkie prawa zastrzeżone. Isos multimedia & redakcja periodyku "U Nas", Gorzyce Kwiecień 2003.