Strona główna

powrót
 

Wydawca Internetowej wersji magazynu U NAS

 

Śpiewa i tańczy

   


Z czołowym artystą Państwowego Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk" - Marianem Chrobokiem z Gorzyczek rozmawiają Bibianna Dawid i Andrzej Nowak


Andrzej Nowak: Jak to się stało, że został Pan artystą Zespołu "Śląsk"?
Marian Chrobok: Kiedyś działałem w rockowym ruchu amatorskim przy Gminnym Ośrodku Kultury w Gorzycach, to były lata 70-te, za czasów ówczesnej dyrektor tego Ośrodka - Krystyny Okoń. Wraz z Wojtkiem Pukowcem założyliśmy tam zespół młodzieżowy. W zasadzie zainteresowanie muzyką, śpiewem zawdzięczam właśnie Wojtkowi Pukowcowi. To on zaproponował mi członkostwo w tym zespole. Podszedłem wtedy do tego pomysłu trochę z respektem. Współpraca jednak zaczęła się rozwijać. Byłem w zespole wokalistą.
Skład zespołu zmieniał się, zmieniło się też miejsce naszego działania. Przenieśliśmy się do Wodzisławia Śl. W Wodzisławiu działałem w zespole "Ubodzy krewni". .Przyszedł czas, że śmiało zaczęliśmy brać udział w różnych konkursach. Zebraliśmy pierwsze laury - wygraliśmy konkurs na szczeblu wojewódzkim, ogólnopolski - Polska południowa i byliśmy w finale Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki we Wrocławiu w 1983 roku. Wystąpiliśmy wtedy na koncercie z Lady Pand i TSA. Tam zostałem zauważony i doradzono mi bym poszedł do szkoły muzycznej. Znalazłem się w Katowicach, na kierunku wokalnym. 
Skończyłem Szkołę Muzyczną w Katowicach, ale już w rok przed jej ukończeniem, w 1986 roku jesienią moja profesorka poradziła mi, bym pojechał do "Śląska", bo potrzebują "głosów". Przesłuchano mnie z efektem pozytywnym. Po zdaniu dyplomu przyjechałem na stałe do "Śląska". 
Zaczęło się wtedy dla mnie nowe życie.
Bibianna Dawid: To była niewątpliwie decyzja przełomowa w Pana życiu. Wszystko Pan zabrał i przeniósł się do Koszęcina?
M. Ch.: Tak, to była decyzja poważna, ale będąc jeszcze w Katowicach wiedziałem, że już nie wrócę do siebie - do Gorzyczek, bo nie miałem tam możliwości artystycznych. Chcę jednak powiedzieć, że ja uwielbiam moje rodzinne strony i wszystko, co z nimi się wiąże. Nie widziałem tam dla mnie możliwości pracy, która by mnie satysfakcjonowała.
A. N.: Czy muzyka ludowa już wcześniej Pana interesowała?
M. Ch: Nie mogłem tego rozeznać. Profesorka ze Szkoły Muzycznej w Katowicach trochę mnie "przestawiła" na śpiewanie klasyczne, operowe. Poszedłem się uczyć śpiewu i zdobyć kwalifikacje - dopełnić formalności. Powoli odchodziłem od rocka ponieważ nie da się jednocześnie wykonywać dwóch tak skrajnych gatunków muzycznych, to zupełnie inna technika śpiewu. I dałem się stopniowo przekonać.
Później zadałem sobie pytanie "co teraz?". "Śląsk" wydawał mi się czymś atrakcyjnym, nobilitującym. Miałem inne możliwości, np. Teatr Rozrywki w Chorzowie, ale "Śląsk" stał niewątpliwie najwyżej w tej hierarchii. To były możliwości - odpowiedni poziom, podróże, doświadczenia.
B. D.: Czy w Pana rodzinie były jakieś tradycje artystyczne?
M. Ch.: Mój dziadek był muzykantem. W jastrzębskim Uzdrowisku grał na trąbce. Natomiast mój ojciec miał np. propozycję pozostania w wojskowym zespole artystycznym jako wokalista. Moja mama też śpiewa - w parafialnym chórze w Gorzycach.
B. D.: Czy z naszej najbliższej okolicy ktoś jeszcze jest w "Śląsku"?
M. Ch.: Obecnie nie, ale byli. Najbliżej z Wodzisławia była dziewczyna. Byli też z Rybnika.
A. N.: Czy nabór (angaż) w "Śląsku" jest określony wiekiem? Jak Pan się "znalazł" w tym zespole?
M. Ch.: Miałem 26 lat. Ludzie tu przychodzą wcześniej, po szkołach. Optymalny wiek to 19-20 lat.
Trzeba było się tutaj znaleźć, znaleźć swoje miejsce w Zespole. Ja przyszedłem do "Śląska" 3 lata przed powrotem profesora Stanisława Chadyny, a moja żona - Beata wraz z Nim. Wtedy był trochę inny profil Zespołu, więcej tańczono, choć teraz obserwuję powrót do tego.
A. N.: Dzisiejszy repertuar Zespołu "Śląsk" to opracowania Chadyny, czy jeszcze należy wymienić innych twórców?
M. Ch.: Jak wiadomo, duch profesora Chadyny nadal żyje w Zespole. Jednak w większości obecnego repertuaru "Śląska" dominują opracowania Wojciecha Kilara, szczególnie jeżeli chodzi o ludowe tańce polskie. Kilar wiele wniósł do Zespołu, to wielki twórca.
B. D.: Jaką funkcję artystyczną pełni Pan w Zespole?
M. Ch.: Jestem śpiewakiem - solistą, a zarazem tancerzem.
("...jest najlepszym tancerzem wśród śpiewaków" - przyp. żona Beata).
A. N.: Pierwsze utwory śpiewane przez Pana w zespole?
M. Ch.: To te pospolite: "Szła dzieweczka", "Oj, te nasze góry", "Pije Kuba" ...
A. N.: Jak wyglądało Pana osobiste spotkanie z Chadyną, człowiekiem instytucją Zespołu "Śląsk"?
M. Ch.: Był taki czas żeśmy byli z panem profesorem bardzo blisko i On często w tym mieszkaniu bywał, siedział na tej kanapie. Spędzał tu jakiś czas, przychodził ze swoją "muzą". Bardzo ciekawie opowiadał, to był człowiek renesansu, bardzo oświecony. Jak wrócił, w 1990 roku, to pojawiły się pewne głosy o rozwiązaniu Zespołu, jednak osoba profesora Chadyny była takim "parasolem ochronnym" Zespołu. Wszystko załatwił, wszędzie był wielce podejmowany, miał pozycję, był nietykalny. Swoją drogą żył jak asceta. Sprawy przyziemne były mało ważne. Nie dbał o drobiazgi życiowe, na przykład miał 30.letni garnitur, który zawsze uważał za całkiem odpowiedni.
B. D.: Kto jest obecnie kontynuatorem spuścizny profesora?
M. Ch.: Dyrektorem artystycznym Zespołu "Śląsk" jest Jerzy Wójcik, a dyrektorem naczelnym - Adam Pastuch. Te osoby starają się kontynuować linię artystyczną profesora.
B. D.: Pierwszy Pana wyjazd z Zespołem.
M. Ch.: W rok po moim wstąpieniu do Zespołu na trzy tygodnie pojechaliśmy do Paryża. Był to wyjazd o charakterze raczej wypoczynkowym, Daliśmy tylko 10 koncertów. To był w ogóle mój pierwszy wyjazd na zachód. Wiele wtedy zwiedziłem. W obliczu szarej rzeczywistości, jaka wtedy była w naszym kraju, tamte realia były dla mnie szokiem
B. D.: A szersze wojaże?
M. Ch.: Z naszego kontynentu to pozostała mi Portugalia i Grecja. W październiku 2002 r. odbyliśmy egzotyczną podróż do Japonii.
B. D.: Jak odbierano tam ten program?
M. Ch.: Zrobiliśmy furorę. W Japonii przeżyliśmy ogromne zderzenie kultur. Jednak w społeczeństwie tego egzotycznego kraju zauważa się ogromne "wyrobienie" muzyczne. Tam jest ogromne zainteresowanie europejską muzyką poważną! Ciekawostką jest to, że w każdym sklepie muzycznym spotyka się z muzyką Szopena, w większości ekskluzywnych restauracji, np. w Tokio, słychać muzykę Szopena. Daliśmy tam 18 koncertów. Pierwszy raz w historii Zespołu pojechało tylko 8 osób z chóru, był ot minimalny skład. Był to tzw. wyjazd promocyjny.
A. N.: Czy polska muzyka ludowa jest zrozumiała dla Japończyka?
M. Ch.: Jedno mogę powiedzieć, bardzo byli nią (muzyką) zainteresowani. Dla nich egzotyką jest np. taniec w wykonaniu pary - mężczyzny i kobiety. Tego nie ma w ich kulturze. O tym jakie jest zainteresowanie polskim folklorem świadczy choćby fakt, że tam powstają zespoły, które śpiewają i tańczą polskie ludowe pieśni i tańce. Zespoły te tworzą amatorsko np. lekarze, urzędnicy, naukowcy. To jest dla nich relaks.
Trzy lata temu byliśmy w Chinach.
A. N.: Jak Chińczycy patrzą na takie wykonanie folkloru?
M. Ch.: Już nie tak entuzjastycznie jak w Japonii, ale to wynika chyba z ich politycznego statusu. Są oszczędni, nie okazują uczuć na zewnątrz. Jest to kraj o bardzo bogatej kulturze. Ten wyjazd był okazją do zwiedzenia tego ogromnego kraju. Niezwykłe budowle i niezwykli ludzie (...). Zwiedziliśmy także słynny Mur Chiński. Ogromne wrażenie.
W Ameryce byliśmy w Kanadzie i dwa razy w Stanach Zjednoczonych. Nam naszymi odbiorcami w przewadze jest polonia. Zupełnie przypadkowo spotkałem tam mojego kolegę - Erwina, z którym kiedyś odrabiałem służbę wojskową. Mam z tego wyjazdu piękne wspomnienia.
B. D.: Co może Pan powiedzieć tym, którym marzy się kariera śpiewaka, tancerza, czy instrumentalisty w Państwowym Zespole Pieśni i Tańca "Śląsk" im. Stanisława Chadyny?
M. Ch.: Jest to praca przyjemna, trzeba to kochać. Scena nie jest jednak odzwierciedleniem tej pracy. Na scenie pokazujemy tylko ułamek trudu włożonego w przygotowanie występu. Młodym ludziom w Zespole nie jest łatwo. Sztuka jest trudną dziedziną, nie ma tu kompromisów, braki są od razu widoczne - umiesz, albo nie. Specyfika zawodu, jakim jest bycie artystą w "Śląsku" wymaga od nas określonego trybu życia (osobisty rygor, higiena życia).
B. D.: Jak wyglądają przesłuchania do Zespołu?
M. Ch.: Trzeba się trochę ruszać i dobrze zaśpiewać.
B. D.: Czy Pana żona również śpiewa solo.
M. Ch.: Tak, ostatnio koronną "Karolinkę". Śpiewa tzw. "białym głosem", te głosy nadają charakter "Śląskowi", Chadyna bardzo je cenił. 
Żona pochodzi z Tomaszowa Lubelskiego, tam występowała w amatorskim Zespole "Roztocze". 
A. N.: Czy do "Mazowsza" nie było Pani bliżej?
Beata Chrobok: Nie odpowiadał mi charakter tego Zespołu (...), choć był bliżej.
B. D.: Czy artysta w Zespole "Śląsk" może doczekać emerytury?
M. Ch.: Owszem, mężczyzna w wieku 45 lat, 40 lat panie.
A. N.: Czy będąc artystą w "Śląsku" jest czas na hobby?
M. Ch.: Lubię wędkować. Nie mam na to jednak zbytnio czasu. Przepadam za spokojem nad wodą. To życie, które prowadzę jest dość nerwowe. Wbrew pozorom - ciągły stres.
A. N.: W Zespole "Śląsk" mamy do czynienia z tradycjami wielopokoleniowymi artystów.
M. Ch.: Tak się zdarza. W jednym przypadku jest nawet trzecie pokolenie - dziadek był w orkiestrze, ojciec był w orkiestrze, a teraz córka jest w chórze. Drugich pokoleń jest więcej.
A.N., B. D.: Rozumiemy, że doczekamy się także przyszłego pokolenia nazwiska Chrobok w Zespole "Śląsk". 
Dziękujemy za rozmowę. 


(c) Wszelkie prawa zastrzeżone. Isos multimedia & redakcja miesięcznika "U Nas", Gorzyce Luty 2003.