Strona główna

powrót
 

Wydawca Internetowej wersji magazynu U NAS

 

Żyć po ślońsku na co dzień

   


Ostatnia dekada XX wieku okazała się dekadą ogromnych przeobrażeń i to zarówno w sferze polityczno-gospodarczej jak i kulturowej. Działania restrukturyzacyjne boleśnie odczuwa świat pracy, ale nie mniejsze straty ponosimy w sferze kultury życia i tradycji. O ile w sferze działań gospodarczych wzorce zaczerpnięte z wysokorozwiniętej gospodarki Europy mogą być skuteczne, o tyle przejęcie przez społeczeństwo (także na Górnym Śląsku) wzorców kulturowych i stylu życia Zachodu nie przynosi optymistycznych prognoz na przyszłość.


Z życia eliminuje się przede wszystkim tradycje chrześcijańskie, styl życia, a więc te wartości, które w życiu Ślązaka liczyły się najbardziej.  Czy Śląsk, Ślązacy zachowają swoją tożsamość w przyszłości - zależy od nas. Toteż chwała tym, którzy działają w tym kierunku. Chwała szkołom za edukację regionalną. Dziękujmy zespołowi Radia Katowice z Marią Pańczyk za coroczną edycję konkursu "Po naszymu czyli po śląsku". Ale najważniejsze zadanie w tym względzie przypada nam, rodzinom. Uważam, że powinniśmy żyć po śląsku na co dzień, jak to pięknie określili rodzice Hanki Kołek ze Skrzyszowa - laureatki tegorocznej edycji konkursu "Ślązak Roku".


Z małą Hanką, jej siostrą Paulinką i rodzicami Jackiem i Kariną rozmawiałem w Gorzycach u dziadków Hani.


Red.: Jak trafiłaś do radia w Katowicach?
Hanka: Namówiły mnie żebym wzięła udział w konkursie mama i babcia.
Red.: Myślę, że musiałaś gdzieś wcześniej wykazać się Twoim talentem w posługiwaniu się naszą piękną ślońskom godkom.
Hanka: No tak. Jestem uczennicą drugiej klasy i biorę udział w szkolnym konkursie "Pogodomy po ślońsku". Właśnie w ubiegłym roku wygrałam ten konkurs.
Red.: A o czym wtedy opowiadałaś?
Hanka: Właśnie o tym pierwszym dniu w szkole.
Red.: I tak się wszystkim podobało, że mama, tata i babcia postanowili zgłosić Cię na konkurs do radia.
Hanka: Tak. Ale tekst, który mówiłam w szkole, mama jeszcze poprawiła, coś dopisała i z tym pojechaliśmy do radia.
Red.: Czy tak wyobrażałaś sobie studio radiowe?
Hanka: Nie, myślałam, że to inaczej wygląda.
Red.: A miałaś tremę jak wyszłaś na scenę i mówiłaś tekst przed jury?
Hanka: Wcale. Mówiłam, trochę mnie oślepiały światła.
Red.: Kiedy dowiedzieliście się, że jesteś finalistką, jak to przyjęliście w domu?
Hanka: Najbardziej przeżywali to mama i tata. Na finał pojechałam już z tą "tytą z paskudami" i po występie poczęstowałam jury. Było bardzo wesoło.
Red.: O ile wiem, pytania zadawał Tobie pan Kutz, pytał jaką jesteś uczennicą.
Hanka: Pan Kutz zapytał: " Jakby klasę podzielić na dwie grupy, do której ty zaliczyłabyś siebie?", powiedziałam - do pierwszej - bo jestem przewodniczącą klasy, a słodycze, którymi wszystkich poczęstowałam nie są najważniejsze w tym konkursie.
Red.: Haneczko, co przeżywałaś kiedy spiker ogłosił, że zwyciężyłaś w kategorii młodzieżowej tak poważnego konkursu?
Hanka: Nic, bo spałam wygodnie w fotelu sali widowiskowej w Zabrzu. Obudziła mnie mama i poszłyśmy odebrać nagrodę.
Red.: A kto wtedy najbardziej się cieszył?
Hanka: Mama, tata, obie babcie no i wszyscy Skrzyszowianie, których tam pojechało pełny autobus.
Red.: Rozmawiamy u dziadka Hilka i babci Eli w Gorzycach, czy tu "godocie"?
Hanka: Jak my tu som na wakacjach to godomy, a że siostra Paulinka ma też wielki talent (inscenizatorski) to ona wymyśla różne przedstawienia i "godomy i śpiywomy".
Red.: A jak przyjęli Cię w szkole po tym sukcesie. Ty jesteś już trochę sławna!
Hanka: Muszę powiedzieć, że do szkoły poszłam dopiero we wtorek, w poniedziałek "zabumelowałam" bo w domu długo rozmawialiśmy. A we wtorek na apelu dostałam oklaski od kolegów, koleżanek i pani. Dostałam misia, "tytę" pełną słodyczy i "Biblię Ślązoka" (M. Szołtyska).
Red.: Czy jesteś zapraszana na występy, imprezy?
Hanka: Tak. Wszędzie chcą żebym mówiła, toteż mówię, ale mnie to trochę męczy - (tu szczery wspaniały uśmiech).
Red.: Dziękuję za miłą rozmowę. Raz jeszcze gratuluję sukcesu w imieniu redakcji "U Nas" Tobie oraz wspaniałym rodzicom tak wygodanej ślązoczki.

Rozmowę prowadziliśmy "po naszymu" czyli po ślońsku.



Andrzej Nowak



Jak sie Hania piyrszy roz do szkoły wybiyrała

Nazywom sie Hanka, a że zawsze cosik napochom, to doma godajom mi Hanka chuliganka. Miyszkom w Skrziszowie, je to tako piykno wieś miyndzy Wodzisławiym a granicom czeskom. Chodza do II a, uczy mie tam tako rechtorka co mo na nazwisko Matloch i chca wom opowiedzieć o tym jak łońskigo roku szłach do szkoły z tytom.
W szczwortek, dziyń przed piyrszym września, mama zawołała mie z lotanio du dom i pedziała, że musza sie porządnie wyszorować pod brauzom, bo jutro ida do szkoły z tytom, a jeszcze przed tym cołki tydziyń mie straszyła, że jak byda nieposłeszno to nie dostana tyty. Tóż jo juz nic z tego nie rozumiała, co to je ta tyta, byda posłeszno a jeszcze dostana w tyta? Rano pryndko żech stanyła, umyłach sie, pojadłach i już leca sie łoblyc. Mama mi chciała łoblyc bioło bluzka i modry spodek, ale jo żech se wolała oblyc klajd co łońskigo roku od Dzieciontka dostałach. On też był modry i mioł bioły heklowany kragiel, a jeszcze przed tym szlimy do kościoła na mszo, ale jo już o niczym inszym nie myślała yno o tej tycie, coch miała dostać w szkole. A jak my już prziszli do szkoły, to cołki szkole kozali sie ustawić na boisku, a nas piyrszoków poukłodali na krzyżykach co biołom kredom na asfalcie były pomalowane. Potym wylazła tako piykno paniczka, z takim wielkim plastikowym piórym i padała: od dzisio żeście som piyrszoki i tak wom majom godać. Teraz już wiym, że ta piykno paniczka to je nasza dyrechtorka. A żeby już żodyn sie z nami nie wadziył dostali my dyplomy co czorno na biołym było tam napisane, że my som szkolorze. A jeszcze na koniec dali nom po szekuladzie i kozali iść do klas. Joch była rada tej szekuladzie, alech nie umiała sie doczekać tej wielki tyty z pełno paskudami. A te rechtorki tam godały jaki momy mieć hefty, a jo jak w tej pieśniczce: "Gdy widze słodycze to kwicze, a oczy mi świecom jak znicze". Już mi wiela nie brakowało, żeby zaczońć kwiczeć. A jak już żech se myślała, że ida du dom to jeszcze mi kozali stanyć do zdjyńcio. Postawiyli mie w drugi raji i ani szumnego klajda mi nie było widać, i ani cołki tyty. A jak mie już w końcu cykli to mogłach iść du dom. A w doma jak wparzyłach do tej tyty to do wieczorach sniom byłach gotowo. Yno na pamiątka pusto tyta mi została, coch se jom do szranku schowała. I tak to było łońskigo roku. Tera żech je już starszo i mądrzejszo i zdo mi sie, że już tak nie pochom jak kiejsik, a jak przytrefi mi sie cosik pospórować to mama mi wygrożo. Ale nie tym, że tyty nie dostana, a tym, że mie farorz do komunije nie weźnie, bo musza wom pedzieć, że na bezrok ida do komunije i sie nad tym ogromnie starom. Już wola wola być posłeszno i słuchać starszych. Bo ogromnie by mi było żol, jak bych Pómboczka do serca nie wziyna, jak bych gościny ni miała ani od potków koła nie dostała i zygarka na rynka. A tego bych se w żodnym razie nie zrobiyła. Je żech ciekawo co też ta moja mamulka wymyśli jak już byda po komuniji, czym mie bydzie straszyć. Ale se myśla, że już nie bydzie musiała. Bo byda posłaszno jak aniołek. A byda, z żech je uparto jak koza od starzika Hilka to tak jak se udbom tak se zrobia. O tej kozie to bych wom jeszcze pogodała, ale to już zostawia na bezrok abo insze lata. A dyć chyba jeszcze tyn konkurs zrobicie i o śląski godce nie zapomnicie. Bo w szkole mnie uczom mówić, a w doma godomy. No i tak żech dwa jynzyki poznała, że bych i mówić i godać umiała. 

 


(c) Wszelkie prawa zastrzeżone. Isos & redakcja miesięcznika "U Nas", Gorzyce 2001.