Strona główna

powrót
 

Wydawca Internetowej wersji magazynu U NAS

 

Świąteczne wspomnienia
"Mój Sylwester w śniegach Syberii"

 

   

W grudniowym numerze ub. Roku opisałem moje święta Bożego Narodzenia spędzone nad morzem Azowskim w ZSRR, obiecując również napisać o przeżyciach na dalekiej Syberii w styczniu 1966 r., co z przyjemnością czynię.


Otóż zaraz po Świętach w kiepskim nastroju wyruszyliśmy z Rostowa nad Donem samolotem Au-10, potężnym wojskowym transportowcem, przystosowanym do ruchu lokalnego, do Nowosybirska z międzylądowaniem w Ufie na Uralu i Orzesku. Docelowym miastem był Barnaul nad rzeką Ob, stolica Kraju Ałtajskiego, będący powierzchniowo prawie równy Polsce. Nowosybirsk stanowi centrum Komunikacyjne Syberii centralnej, podobnie jak Moskwa w strefie europejskiej. Port lotniczy jest ogromny. Dalej jednak musieliśmy podróżować pociągiem chociaż Barnaul posiadał mały port lotniczy, ale w okresie zimy bywają kilkudniowe zamiecie śnieżne utrudniające loty, a tego ryzykować nie mogliśmy. Dziwna to była podróż, bo takie jest tam podróżowanie. Miejsca w pociągu były leżące, bilety kupowało się na najbliższy pociąg, który odjeżdżać mógł nawet za kilka dni, ale pasażerowie tym się nie przejmowali, cierpliwie czekali śpiąc w holu dworca na swych "ezamadanach", a w dzień posilali się baraniną i wódką. My jako "innostrońcy" tego problemu jakoś uniknęliśmy. Pociąg był relacji do Ałma Ala i Taszkientu, który z powrotem wracał za 3 tygodnie. Ciągnął za sobą 16 wagonów z prędkością nie większą niż 50 km/godz., pchając z przodu pług. Przecinał idealne równiny syberyjskich stepów i tajgi. Po kilkunastu godzinach dotarliśmy do celu. Pierwsze zetknięcie się z narodem syberyjskim było zaskakujące. Są to wspaniali ludzie. Stanowią istny tygiel potomków wielu narodowości z Europy i Azji, których przez dziesięciolecia car zsyłał na wygnanie, a potem Stalin.


Zostaliśmy przyjęci bardzo życzliwie. Czuliśmy się wreszcie wolni. W strefie europejskiej byliśmy stale inwigilowani przez służby bezpieczeństwa. Delegacje mieliśmy z Ministerstwa Przemysłu Ciężkiego. Nasze bagaże codziennie były przeszukiwane, co stwierdziliśmy autorytatywnie, a nie wykluczone, że również nasze rozmowy w hotelu były podsłuchiwane. Na Syberii było inaczej. Zamieszkaliśmy w hotelu im. Lenina, na prospekcie imię Lenina, z widokiem z okna na pomnik ... Lenina. Jego portrety straszyły z prawie wszystkich ścian, dosłownie wszędzie.


Praktykowaliśmy w fabryce wytwarzającej dla energetyki. Pracowało tam około 7 tys pracowników. Mogliśmy się kontaktować ze wszystkimi ludźmi, co w strefie europejskiej było nie do pomyślenia. Ludzie byli dla nas ogromnie sympatyczni. Starali się jak najlepiej umilić nam czas. Zaraz w pierwszym dniu dostarczyli nam łyżwy i narty, co dla nich stanowi rzecz ważną. Są bardzo usportowieni.


Trafiliśmy na zakończenie 1965 r. Zaproszeni zostaliśmy na bal sylwestrowy do restauracji hotelowej należącej do hotelu, w którym mieszkaliśmy i posadzeni na czołowym miejscu. Jadła i picia było co niemiara, a niektórych dań nie mógłbym nawet opisać. Życzenia składano nam dwukrotnie. O północy, a za 6 godzin po raz drugi wg czasu europejskiego, bo taka była różnica. A potem zaczęła się wędrówka po domach, przez cały Nowy Rok. Taki jest tam zwyczaj. Gromadnie, wzajemnie odwiedzają się wszyscy składając życzenia. Nas też w to wciągnięto. Tam ludzie muszą żyć ze sobą gromadnie, bo w tak ostrym klimacie jednostka nie ma szans. Spędziliśmy tam cały styczeń. Ponieważ dla Europejczyka pobyt na Syberii w tym czasie musi być ciekawy, pozwolę sobie co nieco o tym napisać.


Temperatura wynosiła tam od - 30°C do - 48°C. Klimat wybitnie kontynentalny, w lecie temperatury wynoszą tyle samo, tylko in plus. W zimie miasto jest odcięte w ruchu drogowym z zewnątrz. Pozostaje tylko kolejowy i lotniczy. Warstwa śniegu sięga grubo powyżej metra. Barnaul jest rozległy, nisko zabudowany, w połowie drewniany. Mieszkańców liczy około pół miliona. Jego rozwój rozpoczął się podczas drugiej wojny światowej, kiedy Stalin ewakuował tam część zakładów ze strony europejskiej. Ludzie żyli tam bardzo biednie. Mieszkali skromnie, mało posiadali, a i wymagań też wiele nie mieli. Nic nie wiedzieli o świecie. Nie było tam telewizji, ani radia. Wiadomości czerpali tylko z głośników tzw. "kołchoźników" i z gazety "Prawda" rozklejanej na tablicach co kilkadziesiąt metrów na każdej ulicy. Dbali tylko o jedzenie, kożuchy i wolanki na zimę, w zasadzie jedynie o przetrwanie. Obcokrajowcy jak my, przyjeżdżali tam rzadko. Koniecznie chciałem odwiedzić jakiś przybytek sakralny, bo robiłem to, gdziekolwiek byłem. Obiecywano zaprowadzić mnie do cerkwi, bo taka tam podobno była, ale do tego nie doszło. Po prostu nikt na to nie miał odwagi.


Sybiracy świetnie potrafili bronić się przed zimnem. Wszystkie okna pozaklejane były szczelnie taśmami. Pozostały małe lufciki. Do fabryki i nowych budynków wchodziło się już nie bezpośrednio, ale przez labirynty dwóch albo trzech drzwi. Gdzie niegdzie były już ściany powietrzne, oczywiście cieplne. 


Tam dużo uprawia się sportu. Życie towarzyskie toczy się pod gołym niebem. Odbywa się to na "Katokach" do późnych godzin nocnych. Na placach porobione są nasypy ze śniegu, polane wodą i gładkie jak szklanka. Po nich ślizgają się wszyscy, młodzi i starzy. Jest dużo lodowisk, oczywiście naturalnych, oświetlonych i przy jakiejś muzyce z adaptera prawie wszyscy ślizgają się na łyżwach do późnej nocy. W niedzielę tajga aż roi się od narciarzy. Tam spotkaliśmy dziadka grubo po 70-tce na nartach, dla którego tajga była treścią życia.


Z końcem stycznia skończył się nasz pobyt. Chcieliśmy wracać do Moskwy koleją transsyberyjską, by zobaczyć Ural, jednak trwałoby to prawie 5 dób i woleliśmy wracać samolotem. W Moskwie spędziliśmy jeszcze parę dni odmeldowując się w różnych urzędach, a ciekawostkę stanowiły odwiedziny mauzoleum Wodza Rewolucji, a nie mieliśmy z tym trudności, bo obcokrajowcy ze służbowymi paszportami traktowani byli w pierwszej kolejności.


Jaki odniosłem korzyści z tego wyjazdu? Niewątpliwie turystyczne i zawodowe, bo było co oglądać. Po drugie podciągnąłem się w języku rosyjskim. W restauracji na lotnisku Domodledowo w Moskwie rozpoznany zostałem jako... Ukrainiec, co mi pochlebiło. Poza tym odkryłem, co później się potwierdzało, że z takich wyjazdów najprzyjemniejsze zawsze bywają powroty. A wynika to chyba z poczucia przynależności do środowiska, w którym się wyrastało.


Podsumowując później mój wyjazd z ogromnym współczuciem odniosłem się do tych wszystkich nieszczęśliwców, którzy nie zawsze z własnej woli znaleźli się na tej nieludzkiej ziemi, jaką jest Syberia i tam musieli dokonywać swojego żywota z dala od swojej ojczyzny i najbliższych. Nostalgię za swoją ojczyzną odczuwa każdy. Często spotykałem za granicą Polaków, których wojna wypędziła z ojczyzny, a którzy nieraz dziesiątki kilometrów przyjeżdżali, by już łamaną polszczyzną porozmawiać o Polsce. 
Do ZSRR wyjeżdżałem jeszcze wielokrotnie. Ostatni raz w 1984 r. na obsługę wystawy "Zdiełano w Polscy" z okazji 40. lecia PRL. Przeżycia miałem tam takie, że wracając pociągiem, w Brześciu patrząc przez okno na oddalającą się ziemię sowiecką, z podniesionymi palcami przysięgałem, że moje nogi już nigdy tam nie powstaną. I słowa dotrzymałem.


Leonard Musioł 



(c) Wszelkie prawa zastrzeżone. Isos & redakcja miesięcznika "U Nas", Gorzyce 2001.