Strona główna

powrót
Skomentuj artykuł
dodaj komentarz
przeglądaj komentarze
< prosimy nie zmieniać tematu wiadomości >
 

Wydawca Internetowej wersji magazynu U NAS

 "Zielonym go góry" Hubertowiny


We wrześniowym numerze "Zielonym do góry" z powątpiewaniem zapytałem, czy są jeszcze w okolicy tradycyjne ogrody ozdobne z kwiatami uprawianymi od pokoleń. Odpowiedź twierdząca padła szybko, a otrzymałem ją w trakcie bardzo udanej wystawy ogrodniczej w czyżowickim WDK. Pani Anna Jurczyk, mieszkanka Czyżowic, od dzieciństwa zajmuje się ogrodem i stara się go utrzymać właśnie w tradycyjnej formie. Pokazała mi między innymi azalię pontyjską, którą jako 15- letnia dziewczyna otrzymała w prezencie od miejscowego leśniczego. Ta historia mogłaby być początkiem romantycznego opowiadania, gdyby nie to, że w "Zielonym do góry" zajmujemy się wyłącznie ekologią. Obliczyliśmy więc, że azalia mająca rozmiary normalnego, półtorametrowego krzewu ma już 72 lata! I co roku niezmiennie okrywa się bujnym kwieciem. Jak się osiąga taką długowieczność przy zachowaniu pełnej urody rośliny?
Wbrew powszechnej opinii azalie, jak i wszystkie inne wrzosowate: różaneczniki, pierisy, wrzosy, wrzośce i inne dobrze znoszą cięcie, dzięki czemu są gęstsze, obficiej kwitną i przede wszystkim są "ciągle młode". Nie mniej ważna jest gleba na jakiej rosną. Musi być dobrze utrzymana, umiarkowanie nawożona, przewiewna i co najtrudniejsze do osiągnięcia bezwzględnie powinna mieć kwaśny odczyn. Sposób, jaki dla zakwaszenia ziemi stosuje pani Anna doskonale nadaje się do naszego kącika porad ekologicznych. Otóż sporządza wywar z rabarbaru, którym kilkakrotnie w ciągu roku podlewa swoje rośliny wrzosowate, a także obficie owocującą borówkę amerykańską. Uwalniany podczas moczenia łodyg kwas szczawiowy silnie zakwasza podłoże, nie zatruwając przy tym środowiska. Z innych roślin uwagę przyciągają liliowce, lilia złotogłowa, wiele róż i wykorzystany jako pnącze zwyczajnym chmiel. W sumie rośnie tu około 80 gatunków i odmian, których różnorodność sprawia, że ogród "kwitnie" przez cały rok. Na pytanie, które kwiaty lubi najbardziej pani Anna odpowiada: - "wszystkie te, co się same sieją, np. zwykłe stuliki". Czy ktoś z naszych czytelników wie co to są stuliki?


"Zielonym do góry" bywa nie tylko w ogrodach, ale bywa i w lesie. Można tu ciekawie spędzić czas w towarzystwie myśliwych. Świetną do tego okazją jest dzień 3 listopada będący dla zrzeszonych w Polskim Związku Łowickim mniej więcej tym, czym Barbórka dla górników. Ponad 120 tysięcy członków związku obchodzi dzień swojego patrona- Świętego Huberta, czyli hubertowiny.


Koło łowickie "Borki" w Lyskach, dzierżawi łowisko na terenie gmin: Lyski, Kornowac i Gaszowice, a więc tuż za naszą miedzą. Trzydziestu myśliwych z tego koła ma okazję polować na zwierzynę grubą (jelenie, dziki, sarny) i na drobną (bażanty, kaczki, kuropatwy), a czynią to w wyjątkowo malowniczej okolicy z lasami, remizami, stawami i polami o urozmaiconej rzeźbie terenu. Oczywiście polowanie to tylko jeden, może najefektowniejszy, ale nie najważniejszy element łowiectwa. Współczesnego polskiego myśliwego można porównać do gospodarza, który najpierw hoduje, chroni i dba o swój dobytek, a dopiero po dobrze i rozważnie wykonanej pracy może zbierać jej plony. Hodowla to przede wszystkim pomoc zwierzynie w przetrwaniu trudnych warunków zimowych, a więc dokarmianie, zapewnienie odpowiedniej ilości soli mineralnych, paszy objętościowej i soczystej dla zwierzyny grubej oraz ziarna dla ptactwa. Dużą wagę przywiązuje się do selekcji. W zasadzie polowanie na jelenie i sarny polega na tym, że do dalszej hodowli pozostawia się najsilniejsze i najzdrowsze osobniki. Dla podtrzymania odpowiedniej ilości bażantów hoduje się je w specjalnych ośrodkach, a następnie wprowadza do łowisk- dorosłe, bądź jako młodzież. Zabieg sporo kosztuje, ale pozwala na zachowanie gatunku.


Ochrona, to przede wszystkim walka z kłusownictwem i wnykarstwem. Podczas gdy kłusownictwo (czyli nielegalne pozyskiwanie zwierzyny przy pomocy broni) jest w naszym rejonie zjawiskiem marginalnym, o tyle pomysłowość w zakładaniu sideł, wnyków i paści jest godna podziwu. Sprzyja temu prawdopodobnie fakt, że wielu ludzi nie ma pracy, ale ma inwencję i chęci do działania. Ze szkodnikami "dwunożnymi" myśliwi dość dobrze dają sobie radę, gorzej ze skrzydlatymi i czworonożnymi. Mamy takie przedziwne prawo, że pod ochroną są właściwie wszystkie drapieżniki niezależnie od tego, czy ilość danego gatunku mieści się w odpowiednich dla równowagi biologicznej proporcjach, czy też nie. Tak zwani ekolodzy uważają, że ilościowa relacja drapieżnik- ofiara w przyrodzie wyrównuje się samoistnie. Zapewne mogłoby tak być gdyby z ekosystemu wyeliminować człowieka, a tego jak uczy historia skutecznie uczynić się nie da. Mamy więc takie koślawe prawo, które chroni przez większość roku lisa, każe buszujące po lesie zdziczałe psy schwytać i odstawić do schroniska dla zwierząt (problem w tym, że te psy tego nie chcą), nie pozwala myśliwym na humanitarne odstrzelenie chorej, bądź zranionej zwierzyny.


Mimo takich problemów myśliwi, urodzeni optymiści nie upadają na duchu i jak co roku celebrują hubertusowskie polowania. "Celebrują" to właściwie w tym miejscu słowo, bo samego polowania jest mniej niż jego oprawy. Pokot ułożony na gałęziach świerczyny, otrąbienie zwierzyny, dekoracja szczęśliwego strzelca złomem, ogłoszenie króla polowania, wreszcie wspólny posiłek przy ognisku wydaje się być czasem najważniejszą częścią łowów.


Zachowanie własnej kultury i odrębności jest chyba powodem, że myśliwi potrafią zachować odpowiedni dystans wobec wszystkich niedostatków i niedogodności, a trudności traktują jako coś co po prostu się przezwycięża. Może dlatego tyle optymizmu i nadziei jest w ich krótkim powitaniu i jednocześnie pozdrowieniu" Darz Bór!

Jerzy Rebeś


(c) Wszelkie prawa zastrzeżone. Isos & redakcja miesięcznika "U Nas", Gorzyce 2001.