Strona główna

powrót
spis artykułów
Zapisz artykuł
Cały numer DOC
Cały numer HTML
Skomentuj artykuł
dodaj komentarz
przeglądaj komentarze
< prosimy nie zmieniać tematu wiadomości >
   Z nowszej historii Uchylska

Już przed II wojną światową Uchylsko słynęło z wyplatania koszy. Surowiec był blisko i za darmo. Nad rzeką Olzą rosła wiklina. Wystarczyło ją wyciąć i furmanką, na rowerze lub na plecach przetransportować do domu. W Uchylsku pleść koszyki potrafili prawie wszyscy mężczyźni i niektóre kobiety jak Anna Tyma, Stefania Fojcik i Ernestyna Rogarczyk. Najlepsi w tym fachu byli: Jakub, Ferdynand i Konstanty Chłapek, później Bernard Bielaczek, Alojzy Fojcik, Paweł Jurzyca i Maksymilian Kałuża. Bernard Bielaczek w latach 1950-60 założył nawet swoją plantację wikliny. Obecnie jego syn Andrzej wyplata kosze jedną ręką. W czasie okupacji pletli kosze na wymiar dla dworu. Były to kosze duże tzw. "ograbczoki". Nie musieli martwić się o zbyt, bo po kosze przyjeżdżali tu gospodarze i handlarze z okolic Raciborza. Mikołaj Kucza i Józef Tyma wyplatali "słomionki" (formy na chleb) i beczki ze słomy mogące pomieścić 100 kg zboża. Jako surowiec służyła prosta słoma łączona z wikliną, która była najpierw parzona, potem specjalnie rozdwajana. Dziś tych koszy w gospodarstwie prawie się nie spotyka. Wyparł je wszechobecny plastik.

Już niewielu ludzi pamięta, że był tu majątek ziemski, który razem z majątkiem w Gorzyczkach należał do hrabiego Laryscha - Mönnicha z Karwiny. Stały tu zabudowania gospodarcze, zwane dworem, a podlegały zarządcy dóbr w Gorzyczkach, inspektorowi mianowanemu przez właściciela. Ostatnim inspektorem był Rudolf Kalina, a przed nim Walter Weich. Hodowano tu młode jałówki w ilości do 100 zł, które po zacieleniu przeganiano do Gorzyczek. Trzymano też 6-8 byków, które były wykorzystywane także do zapładniania chłopskich krów i to darmo. Istniało bowiem porozumienie zawarte między właścicielem majątku, a chłopami zezwalające na łowy zwierzyny na ich polach w zamian za te usługi. Paszę do dworu przywożono z majątku z Gorzyczek, a jej podawaniem i doglądaniem bydła zajmowali się kolejno: Binar, Skiba, Sikora, Mikołaj Bauerek, Franciszek Loga, a ostatnim był Wiktor Sztajer. Krótko przed frontem, bydło które tu było, Niemcy pognali na zachód. Z dawnego dworu pozostało bardzo niewiele. Ocalałe fragmenty budynku, po gruntownym remoncie służą Janowi Sztajerowi, synowi Wiktora za mieszkanie.

Mało kto też pamięta, że w Uchylsku mieszkali: Gołdyja, Lex, Oszyda, Usrany, Krysterka, Kitlus, Mecha, Szewiec, Kopyciosz i Krawaty, a Antoni Kucza był wójtem przed wojną, a w czasie okupacji Bürgermeistrem. Po wojnie zaś stanowisko to piastowali" Emil Mozes, Daniela Parma, Mirosława Myśliwiec, Antoni Adamczyk, a obecnie Krystyna Malcharczyk.

A z tym "haresztem" to było tak: Była remiza strażacka, a przy niej w dwóch izdebkach mieszkał gospodarz. Było też malutkie pomieszczenie, z kratą w oknie zwane "haresztem". Całe wyposażenie stanowiła prycza, z której w razie potrzeby mógł skorzystać jakiś żebrak czy wędrowiec, jeśli wójt wyraził na to zgodę. Ostatnim gospodarzem, który zamieszkiwał w budynku remizy był Wakuły Jordan z żoną.

Najlepszy tyj był od ciotki z Uchylska!

Jabłecznik, Krew Pańsko, podbioł i dziewanna. Wszystkie te rośliny zbierała na wale. Tam też rosła macierzanka, z której plotło się wianki. Dziś trawa na wale jest ostra i żadnej z tych roślin nie znajdziesz.

U Józefa Adamczyka był staw, a przy nim młyn wodny. Skonstruował go jego syn Antoni. Służył właścicielom, a czasem sąsiadom. Od strony południowej przez rzekę Olzę, wioska ta graniczy z Czechami. Na tej rzece, między Uchylskiem a Olzą po stronie polskiej a Kopytowem po stronie czeskiej w 1938 r. Polacy zbudowali most. W 1939 r. zabrała go powódź. Dla tych, którzy pracowali w fabrykach w Boguminie uruchomiono przeprawę łódką. Przewoźnikiem był Adolf Karnówka. Tak było do roku 1942, a może 1943, kiedy to wybudowano kładkę dla pieszych i rowerzystów. Kładka ta została zniszczona w czasie działań wojennych.

Kto i gdzie przechował sztandar powstańczy?

Chociaż wersji jest kilka, ta wydaje się być najbardziej autentyczna, ponieważ potwierdziła ja osoba mająca w tym swój udział: 87-letnia Jadwiga Adamczyk. Kiedy wybuchła wojna, z Urzędu Gminy w Gorzycach zabrał go do domu Konrad Tyma z Gorzyczek. Dowiedzieli się o tym Józef Jeleń też z Gorzyczek i Ferdynand Chłapek z Uchylska i odebrali mu go. Tak sztandar znalazł się w Uchylsku, w domu Chłapków. Anna Chłapek, matka Ferdynanda przyniosła go wieczorem, w zapasce do teściów Jadwigi Adamczyk. Wszyscy zdawali sobie z tego sprawę, co za to grozi. Każdy bał się o swoje życie. Wtedy Herman, mąż Jadwigi (oboje byli przy tym zajściu) wpadł na pomysł, by go umieścić w wieży kaplicy. Jest niczyja i od wszystkich. Tak będzie najlepiej. Teraz Jadwiga wzięła sztandar do zapaski i razem z mężem poszli do kaplicy. On wszedł do wieży i rzucił go pod dach. Tam przetrwał do końca wojny. Dzisiaj znajduje się w szkole w Gorzyczkach, w izbie pamięci narodowej.

Bronisława Słanina


 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone. Isos & redakcja miesięcznika "U Nas", Gorzyce 2001.