Strona główna

powrót
spis artykułów
Zapisz artykuł
Cały numer DOC
Cały numer HTML
Skomentuj artykuł
dodaj komentarz
przeglądaj komentarze
< prosimy nie zmieniać tematu wiadomości >
   Oni tworzyli historię ziemi wodzisławskiej

O STARZIKACH WESTFALOKACH

Trzymam przed sobą pożółkłą kartkę papieru formatu mniej więcej A 5. Przez kilkadziesiąt lot leżała se wśród inkszych papiorów w szafie w sypialce u moich starzików.

Obroz tej sypialki byda pamiyntać możno zawsze: szafa, dwa złonczone łożka, maluśki szafki nocne, okrągły stół, dwa fotele (a wszyjstko w kolorze sraczki) i wielki świynty obroz nad łóżkiem. Ja - z boku stoło jeszcze radio na kerym słochoł starzik Wolno Europa.

Był żech wtedy jeszcze małym bajtlym, a starzik pszoł mi pieruchym. Wyciongoł z tej szafy rostomańte klamory, a jo se bez cały dzyń przi nich majstrowoł i grzeboł.

Czego on w tym szranku ni mioł - stary nimiecki leksykon z podpisym ks. Kasperczyka, Weltatlas, medale, monety, drótki, lampki, szrałbyńcjery (był elektrykiym) ...

A krótko - wszyjstko co sie może przidać dziecku, kere ni mo jeszcze 10 lot.

Starziki były za mnom fest gupi. Na wieczor brali mie zawsze do łóżka. Po prawicy mioł żech dziadka Maxa, a po lewej chrubo babcia Anna.

Pisza tu "dziadek" i "babcia" bo nigdy się im: "starziku, starko" nie godało. Z babcie Anny to był ponoć pieroński wigyjc. Czasem żech z nij robiył błozna (jak żech już był wiynkszym karlusym) ale fest żech ij pszoł. Ona mie piastowała u nij sie siedziało na klinie, a potym jak żech już chodziył do szkoły, a chciołżech ze synkami leciec do lasku abo zagrać w fusbal to babcia mi godali: "A idź i w rzić mie pocałuj".

Starzik był od babcie chudszy. Poradziył jak żodyn inkszy fulać i bojać. Szkoda, że nie było wtedy dyktafonów (jo nie umioł jeszcze pisać), bo bych to co on rozprowioł nagroł. To była cało ślońsko mitologia. Ze zbójnikami, utopcami, a przi tymu z zaciongnytymi gardinami i ciymokiym w izbie.

Dzisio starziki som już u Św. Pietra. Ni ma już sypialki. Mie na szczyńści zostało trocha tych klamorów, a miyndzy nimi i ta żołto kartka. Zapisano na nij po nimiecku, że w roku 1907 urodziył sie w Bottropie Maks Mitko - czyli właśnie mój starzik. (Pisza to wszyjstko po naszymu, bo som taki rzeczy, o kerych lepij sie godo, som taki uczucia kere lipij sie wyrażo w jynzyku kerego się w domu rodzinnym nauczyło).

Tak wiync mioł żech dziadka Maxa urodzonego we Westfalach.

Nie był jednak moj starzik rodzonym Niymcym! Ciotki i ujce godajom, że wszyjstkimu było tak: Joseph Mitko chyba jaki 100 lot tymu wyjechoł na Westfal. Musioł tam możno znojść robota i na jakiś czas zostać.

Wziyni go do wojska. Ani jako relikwio, trzimom w doma karta z kierej zaglondo szykowny młodziyniec. W mundurze z biołom broniom i ciciom na hełmie wyglondo ani jaki paw. To je właśnie Josef Mitko w gwardii cesarskiej.

Na tych Westfalach urodziyli się Josephowi cery i mój starzik Maks. Potym wszyjscy przijechali do Turzi. Joseph piyszkoł aż do śmierci we krzak. Z Westfal prziwioz ponoć szumny kufel na piwo z deklym, wozek dziecinny, meble i fest dłogo fajfka, kero zawsze kurzył. Nie był mój starzik jedynym takim emigrantym. Wyjechały ich z terenu naszej gminy dziesiątki, a może i setki.

ZE WSPOMNIEŃ STARYCH WESTFALOKÓW

W drugiej połowie XIX w zniesienie (przynajmniej formalnie) ostatnich przeżytków feudalizmu uwolniło ogromne masy zbędnej - pozbawionej ziemi ludności wiejskiej. Nadmiar siły roboczej we wschodnich prowincjach Rzeszy (w tym na Górnym Śląsku) i rozwój okręgów przemysłowych na zachodzie były przyczyną znacznych różnic w płacach. "(...) w roku 1889 wyjechałem na Westfal. Zastanawiałem się nieraz dlaczego w owych czasach tyle ludu ze Ślońska na roboty do Westfal i gdzie indziej wyjeżdżało. Muszę powiedzieć, że wtedy była wielka różnica między zarobkami na Górnym Ślońsku, a w takich Westfalach.

U nas nie było jeszcze wtedy tego przemysłu. Kopalnie zaczynały dopiero powstawać. Tam, gdzie dziś stoi kopalnia "Marcel" w radlinie, stały wtedy jeszcze biedaszyby (...). Robota na Ślońsku się trafiała, ale zarobki były słabe. U nas rębacz zarabiał 2-3 marki na szychtę, we Westfalach 5-6 marek. I jeszcze jedno, co tam było w tych Westfalach, a czego u nas nie było. Tam szanowali bardziej robotnika, nie pocentowali nim tak, jak u nas na Górnym Ślońsku" - wspominał Antoni Podeszwa rodem z Gorzyc.

Swoją rolę w tej zarobkowej migracji odegrały także rozwijająca się dopiero kolej i zakrojona na szeroką skalę akcja werbunkowa.

Klon podaje, że pierwszą większą partię - ok. 400 osób skaptował do Bottropu Karol Śliwka (w maju 1971 r.). Po nim zajęciem tym trudnili się jeszcze m.in. Leopold Kowolik z Pszowa (który sprowadził na Westfal ponad 500 osób), Franciszek Radecki z Radlina czy Franciszek Grabiec z Turzy.

Ta fala wyjazdów przybierała na sile od lat 60-tych XIX w. W latach 1885-90 z rejencji opolskiej wyjechało 46 tys. osób!

Wśród emigrantów byli (i to w wielkiej ilości) mieszkańcy biednych podwodzisławskich, czy raciborskich wiosek. Nie dla wszystkich przecież chłopskich synów starczyło pracy na malutkich ojcowskich poletkach - "Matka moja Karolina była druga żoną ojca. Z pierwszego małżeństwa ojciec miał troje dzieci. Najstarszą przyrodnią moją siostrą była Hanka, która wyszła za mąż za Antoniego Gawendę z Bukowa. Otrzymała ona w posagu 3 ha ojcowskiego pola, które sąsiadowało z moim działem na długiej przestrzeni, od Olszyny Szywańkowej do Dołków. Otrzymałem bowiem również 3 ha ojcowizny wraz z chałupą i stodołą strzechą krytą" - wspominał ur. w 1879 r. w Rogowach Bernard Klon - również Westfalok.

Oczywiście można było znaleźć pracę w okolicznych dworach - ale tu przy ciężkiej pracy (często od godz. 3-4 rano po sam wieczór - jak np. przy krowach_ zarobki były marne.

Tak więc co bardziej przedsiębiorczy młodzieńcy "ruszali w świat" jeszcze za kawalerskich czasów.

Franciszek Grabiec (ur. w 1842 r. w Turzy) był chałupnikiem, pracował w cegielni. "Wyjechał około roku 1875 jako jeden z pierwszych Ślązaków do pracy w górnictwie w Westfalii, najpierw do Gelsenkirchen - kopalnia "Unser Frita", a następnie osiadł w Horsthausen, miejscowości która ostatecznie przyłączona została do miasta Herne in Westfalen, dziś miasta prawie 200 tysięcznego. W Hrsthausen pracował dziadek na kopalni "Grosser Fritz, szyb I i II". Wrócił po roku 1900 do Turzy Śląskiej".

Wyjeżdżało nieraz i kilku braci - "My z rodziny, wiela nas było, wszyscy byliśmy we Westfalach. Najpierw pojechał najstarszy brat Hanys w roku 1876, a za nim wszyscy inni bracia. Ja, ponieważ byłem najmłodszy, jechałem jako ostatni w październiku 189 r. Miałem wtedy 15 lat, a do roboty na kopalnię przyjmowali tylko tych, którzy mieli Skończony szesnasty rok życia. Wiedziałem o tym i żeby być z pewnością przyjęty do pracy, namówiłem Siewiora, mojego byłego rechtora, żeby mi w papierach rok przepisał. I tak Siewior zrobił mnie rok starszym". - opowiadał o swych perypetiach wspomniany już Antoni Podeszwa, który wraz z trzema innymi gorzyczanami wyjechał właśnie za namową Fr. Radeckiego w 1889 r.

O DZIOŁCHACH KERE W ŁOŻKU CHCIAŁY MEĆ MADRACA

Perspektywa lepszych zarobków, chęć poprawy sytuacji życiowej powodowały, że na Westfal wyjeżdżali nie tylko młodzi mężczyźni. Także co bardziej przedsiębiorcze, czy też przymuszone sytuacją życiową panny ruszały w nieznane.

Szczęśliwie udało mi się zanotować w Łaziskach (pow. Wodzisławski) fragment "pieśniczki", który do dziś pamięta jedna z najstarszych mieszkanek wsi:

"Te kobiyty we Westfalach

Nie chcom siodać już na ławach

Każdo chce mieć tako sofa

Jak u Pana Grofa.

Nie chce w łożku słoma

Bo by jom ta słoma bodła.

W łożku musi mieć madraca

Bo sie rada w nim przewraca.

Na muzyczka idzie sama

A z muzyczki z chłopkiym z rana. (...)"

Taki obraz dalekiej (a tym samym zmitologizowanej) krainy "mlekiem płynącej" musiał oddziaływać - tym bardziej, że na podwodzisławskiej wsi panowała ogromna bieda - "Kiejś to w łożku mieli my słoma, a na tym prześciyradło. Jak żech chciała słożyć ogiyń to żech szła do łożka, wyciongła wjechyć i zapolała. A czy jo tam kiedy chlyb pomazany jadła.

Do szkoły żech w pantoflach a fartuszku szła, bez mantla. 2 krowy my yno mieli, konia. A było nas 11 dzieci w doma". - wspominała mi dalej wiekowa mieszkanka Łazisk.

Nie wszystkim jednak dziołszkom to wracani z "muzyczki z chłopkiym z rana" wychodziło na dobre.

"Nowiny Raciborskie" donosiły z Czyżowic: "dziewczyny polskie marnieją tam i gina wszędzie, przynosząc do domu zwykle sromotą i hańbę. Tak też i z naszej gminy powędrowało kilka dziewczyn za tym lepszym zarobkiem do Sasów. A oto o jednej z nich piszą nam z Lipska, że tam leży w domu położnic z dwojga dziećmi. Nasza gmina musi płacić każdy dzień za ową dziewczynę z dziećmi po 1 marce 50 fenygów. A że tej dziewczyny bez dozoru nie chcieli tu dotąd puścił, więc musieliśmy wysłać po nią "urzędowego". Za wszystko razem, za koszta tych podróży i koszta leczenia zapłaciliśmy 184 marki i 60 fenygów. Wczoraj znowu tu do nas przyszła inna dziewczyna, która też była w Saksonii. Tu stąd pojechała ona jako dziewczyna uczciwa, a wróciła także pohańbiona. (...) Za tę ostatnią dziewczynę musiała gmina także zapłacić dwanaście marek. (...)". Zapisano w "Historii rodziny Grabców".

ŚLĄSKO - POLSKIE KOLONIE

Wyjeżdżały najpierw setki, potem tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy osób. I tak np.: z parafii gorzyckiej wyemigrowali m.in.: Zientek Ferdynand, Kuchejda Paweł, Widenka Antoni; z Turzy: Augustyn Meisel, Wincenty Nowak, Franciszek Eliasz, Florian Kwiatoń, Jan Musioł, Emil Kubica, Karol Bombik, Alojzy Lasok i Franciszek Grabiec, z Rogowa: Mateusz Rzazonka, wspomniany już Bernard Klon, czy Franciszek Piszczan. Ci najczęściej młodzi jeszcze chłopcy po kilku latach spędzonych na obczyźnie i odbytej służbie wojskowej wracali na krótko w rodzinne strony, żenili się i już z żoną wyjeżdżali ponownie.

Osiedlali się m.in. w Oberhausen, Hamm, Recklinghausen, Essen. Prawdziwie "śląsko-polskim" miastem stawał się jednak Bottrop, w którym przed wybuchem I wojny światowej mieszkało kilkanaście tysięcy Polaków i to w dużej mierze emigrantów z pszczyńskiego, rybnickiego i raciborskiego.

Co bardziej zaradni nabywali na obczyźnie nieruchomości, prowadzili sklepy czy zakłady usługowe. Np. urodzony w 1971 r. w Turzy Jan Grabiec "Jako chłopak 14-letni - konkretnie w roku 1885 - wyjechał boso do Westfalii, by jako chłopak do poganiania koni pod ziemią zacząć pracować. W niedziele chodził ojciec na kręglownię, by ustawiać zawodnikom kręgle, za co otrzymywał bułkę i kiełbasę oraz 0,50 marek. Pomagał w pracy także murarzom i w ten sposób wyuczył się zawodu nie poprzestając pracować na kopalni węgla kamiennego.

W Westfalii powołany został do odbycia czynnej służby wojskowej w Brzegu, województwo opolskie. Po powrocie z wojska ożenił się z Karoliną Kowalik z Pszowa w dniu 13 lipca 1898 roku w Pszowie. Wtedy już był właścicielem domu czynszowego, 2 piętrowego przy ulicy Ludwika nr 34, róg ulicy Gneisenaustrasse. Wykorzystując koniunkturę budowlaną w Westfalii i zaciągając korzystne pożyczki budowlane wybudował jeszcze dalsze dwa domy czynszowe - 3 i 4 piętrowe - przy tej samej ulicy pod numerami 38 i 40. (...) Po ożenku ojciec założył sobie w domu nr 38 mały sklepik kolonialny tj. spożywczy, a po wybudowaniu domu nr 40, przeniósł sklep ten już do większego lokalu i zaprowadził przedsiębiorstwo handlowe pod nazwą "Adler - drogerie" - wspomina Syn Felicjan.

NIE SAMYM CHLEBEM ŻYŁ WESTFALOK

Nie można chyba w pełni zrozumieć (przynajmniej w moim odczuciu) poczucia przynależności do pewnej więziej czy też szerzej określonej grupy narodowościowej, etnicznej bez jakiegoś dłuższego pobytu poza tą wspólnotą. Przekonałem się o tym podczas swego kilkuletniego pobytu (choć z przerwami) w Krakowie.

Tam dopiero w pełni poczułem, że choć i Mickiewicz i Wawel są mi bliskie, to jednak nie są tym co mi w "duszy gra" (jak świetnie ujmuje to ks. prof. Szymik).

W ten oto sposób tłumaczę sobie pewien fenomen emigracji "westfalskiej" jakim była prawdziwa eksplozja polskości. Wśród znajomych westfaloków życie upływało zapewne znośnie "Życie wśród mnóstwa znajomych ze stron rodzinnych upływało nam szybko bez większych wstrząsów" - wspominał B. Klon.

Różnic między miejscowymi Niemcami, a przybyłymi ze wschodu emigrantami ci ostatni nie mogli jednak nie zauważyć. I to nie tylko językowych, ale i w sposobie bycia i stroju. "Pamiętam jak służyłem w wojsku w latach 1895-1897), kiedy mieliśmy ćwiczenia przy holenderskiej granicy, poszliśmy także w niedzielę do kościoła w małym mieście Ahaus. W kościele poznaliśmy od razu stroje śląskie. Kiedy dziewczyny wyszły z kościoła, zawołaliśmy:

- Maryjka, Zuzka, Francla, Kaśka skądeście?

- Od Raciborza, od Rybnika, od Opola.

Wspominał Antoni Podeszwa.

Powstały pierwsze polskie, a potem i regionalne (w tym i śląskie - bo Ślązacy żalili się, że w ogólnopolskich wyśmiewano ich mowę) towarzystwa. W Bottropie działały m. in. Towarzystwo św. Barbary, Towarzystwo św. Jacka, a także Towarzystwo św. Stanisława Kostki, działały chóry i polskie gazety.

Wspominany już wcześniej Jan Grabiec należał w Herne - Horsthausen do Towarzystwa Przemysłowców Polskich, Związku Górników Polskich, Sokoła i Towarzystwa Śpiewu, a nadto pełnił funkcję radnego miejskiego. Do towarzystw św. Barbary i św. Jacka należał Bernard Klon, a chór "Kościuszko" w Osterfeld zakładali wraz z Antonim Podeszwą - Karol Michałek i Karol Kocha z Kokoszyc.

Kwitło także życie religijne - działały "polskie" parafie, organizowano pielgrzymki do Neviges. Grywała na nich orkiestra wspominanego już nieraz Antoniego Podeszwy. Trzeba tu jeszcze dodać, że wielu emigrantów włączyło się w aktywne życie społeczne po powrocie w rodzinne strony, często określając jego ton w poszczególnych miejscowościach (by wspomnieć tu tylko Augustyna Meisla i Alojzego Lasoka w Turzy czy Bernarda Klona w Rogowie). Wielu ważnych działaczy powstańczych i społecznych miało za sobą ten westfalski "rozdział".

Oczywiście nie można tu zapomnieć i o tych, którzy pozostali na emigracji i ulegli asymilacji (często poprzez zawierane związki małżeńskie).

NI MA JAK TO U NAS NA ŚLOŃSKU

Po latach spędzonych na obczyźnie wracali. "We Westfalach przepracowałem łącznie 15 lat. Wróciłem na stałe na Ślońsko w 1906 roku. Przez te 15 lat zaoszczędziłem 4000 marek, które składałem w banku polskim w Poznaniu. Moja żona dostała w spadku gospodarstwo w Czyżowicach i na tym gospodarstwie zacząłem po powrocie w 1906 roku z Westfal pracować. Zarobione na Westfalach pieniądze postanowiłem obrócić na wystawienie nowego domu i pomieszczeń gospodarskim" - wspominał Podeszwa. Warto dziś po prawie 100 latach zwrócić uwagę, na nieliczne zachowane jeszcze w naszych wioskach budynki z tamtego okresu - budowane z czerwonej cegły, z pięknymi gzymsami (np. Meislowy czy lasokowy w Turzy) wystawione zapewne za pieniądze przywiezione z Westfalii.

Fala powrotów nasiliła się w okresie wybuchu I wojny światowej. Woejnne problemy z aprowizacją i głód spowodowały, że ludzie poczęli wracać na często karłowate gospodarstwa ojców. Potem jeszcze w latach 1917-21 miał miejsce taki exodus do "rodzinnych pieleszy" - jak pisał Zygmunt - Zygfryd Klon (historyk z Rogowa i były Westfalok). W tychże latach w świetle jego ustaleń do parafii rogowskiej wrócili m.in.: Błędowski Bernard, Błędowski Jakub, Benauer Jan, Boczek Ignacy, Jeleń Karol, Klon Bernard, Klon Cyprian, Kuczaty Karol, Morcinek Józef, Paloc Fortunat, Pawełek Jakub, Piszczan Franciszek, Rzazonka Mateusz, Szebesta Edward, Szawerna Konrad, Jargoń, Mika i inni. Oczywiście z rodzinami - czyli łącznie ok. 100 osób!

Felicjan Grabiec tak wspomina tamte czasy: "W listopadzie 1918 roku wybuchła w Niemczech rewolucja i powstało niepodległe Państwo Polskie. Wśród Polactwa w Niemczech, zwłaszcza w Westfalii rozpoczął się powrót na ziemie polskie. (...) Po roku 1920 rodzice wyjechali do głosowania na Górny Śląsk. Władze niemieckie podejrzewały także rodziców, że głosowali za Polską i wtedy zostaliśmy coraz bardziej szykanowani. Zbyt często mieliśmy w naszym sklepie drogeryjno-spożywczym szyby wystawowe wybite i ojciec postanowił wtedy, że wracamy do kraju".

Wracający po latach bądź to sprzedawali posiadany na emigracji "dobytek" (niejedni w latach szalejącej po I wojnie światowej inflacji dużo na tym stracili). Inni pakowali się w wagony i wracali obładowani meblami, ubraniami i sprzętami codziennego użytku w rodzinne strony. Przez całe dziesięciolecia przechowywali przywiezione stamtąd "pamiątki" - piękne kufle, naczynia i inne "luksusowe" przedmioty. "Dziadek ćmił z dużej fajki, którą przywiózł z Westfal. Jesienią, kiedy opadały liście babcia krajała liście czereśni i robiła w tak zwanej pokarzynie mieszankę. Dziadek ćmił dalej i nie zauważył, że pali mieszankę liści" (a nie tytoń, który przecież trzeba było kupić - pieniędzy nie było) - wspominał Henryk Wysłucha z Gorzyc.

Tako samo fajfka mioł mój starzik Józef. Nie wiym yno czy starka Marta też go tak cyganiyli z tym tytoniym.

P.s.: Ocalmy od zapomnienia te coraz bardziej odległe rodzinne historie.

Daniel Jakubczyk


 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone. Isos & redakcja miesięcznika "U Nas", Gorzyce 2001.